„Umiłowałem Pana, bo wysłuchał głosu mojej modlitwy, nachylił ku mnie swe ucho, kiedy w ciągu dni moich wołałem” (Ps 116,1-2).
Tajemnica Wcielenia, to zejście Boga ku nam, przez owe nachylenie!
Oto są nasze dni wołania. Ludzie wołają od czasów grzechu pierworodnego, aż do dnia Pańskiego, kiedy już wołać nie będzie trzeba.
Człowiek woła z powodu boleści śmierci, cierpienia, choroby i z powodu ciemności panujących w drodze do Boga.
Człowiek także woła z powodu groźby zguby wiecznej – piekła.
Jest jeszcze ucisk zewsząd – ze strony bliźniego.
To wielka masa zła, nędzy i cierpienia. I człowiek musi wejść w tę całą masę ciemną, nie może uniknąć ciemności.
Jedynym i ostatecznym wyjściem z tego wszystkiego jest „wezwanie imienia Bożego” (Ps 116,4)!
To promień światła w tych ogromnych ciemnościach – ta modlitwa nie może się już jednak załamać, a będąc prostą jest, zarazem, głęboką. Żadna z naszych nędz i ciemności nie może złamać siły tej modlitwy, bo – jak mówi św. Jan – „światłość w ciemności świeci, a ciemności jej nie ogarnęły” (J 1,5). Modlitwa ta bowiem jest z Chrystusem i w Chrystusie, więc jej siła jest niewspółmierna z naszymi ciemnościami.
Oto Bóg się nachylił, Wcielił i moja dusza się podniosła. Naszą modlitwą jest Chrystus na krzyżu – modlitwą wysłuchaną, odkupieniem.
Wszystko, co na świecie jest ciemnością i nędzą jest, właśnie, dla modlitwy, abyśmy wzywali imienia Pańskiego, aby wytrysnęło z człowieka wołanie do Boga.
Tak więc to wszystko, co jest cierpieniem, co zdaje się być śmiercią, staje się źródłem obcowania z Bogiem.
Ze wszystkiego jest więc wyjście, nie może jednak ustać w nas to światło, które przebija mrok. Modlić się trzeba stale!
A ostateczną prośbą w naszej modlitwie jest prośba o życie wieczne. Posiadanie życia wiecznego wyzwala duszę, urzeczywistnia wolność. Tak więc można być wewnętrznie wolnym, poruszając się pośród zewnętrznych ciemności tego świata. Bóg bowiem daje „zbawienie w pośrodku ziemi” (Ps 27,26).
Wolność w cierpieniu pośród którego się poruszamy, to wolność wewnętrzna: człowiek jest wolny w stosunku do tego, co ludzi trzyma w kajdanach i wówczas cierpienie nie dociera do sanktuarium duszy. W takiej duszy (ukrytej w Bogu) nic już podeptać nie można, tam jest wolność w Bogu Odkupienia. Oto zostało wysłuchane wołanie o wolność.
Niemniej, dziś atak piekła uderza w tę wewnętrzną wolność, chcąc aby człowiek sam ją podeptał i zrezygnował z niej, aby wydrzeć z jego duszy obraz i podobieństwo Boże. A wtedy już wszystko zostanie upodlone w człowieku. Dlatego Kościół stale woła o tę wolność ostateczną, wewnętrzną – o to wyniesienie duchowe ponad ucisk i cierpienie. I tu się spełnia Tajemnica Odkupienia.
Bóg jest miłosierny: „Bóg strzeże maluczkich – ...byłem uniżony, a wybawił mnie” (Ps 116,6).
Podobnie „Chrystus sam się uniżył aż do śmierci i dlatego Bóg wyniósł Go i dał Mu Imię, które jest ponad wszelkie imię” (Flp 2,8-9).
Matka Najświętsza szła tą samą drogą: „wejrzał Bóg na uniżenie swojej służebnicy” (Łk 1,48).
Bóg strzeże tych, co są mali! A więc, bądź małym, a uwolni Cię!
Cała nasza niewola jest w tym, że jesteśmy wielcy i nie możemy przejść przez ucho igielne – jesteśmy zbyt obładowani i natrafiamy przez to na przeszkody tam, gdzie ich nie ma. Znajdujemy je, bo jesteśmy wielcy, zawadzamy samym sobą. Gdybyśmy byli mniejsi, nic by nas nie dotykało. Gdyby nas nie było, to wszędzie byłby Bóg. Wtedy też cieszylibyśmy się, że inni są lepsi, bo małego nic już nie smuci.
„Wróć duszo moja do spokoju twego” (Ps 116,7), nie szukaj nie wiadomo czego, nie szukaj tam, gdzie nie należy. Masz wszystko, Bóg ci dobrze uczynił: ZBAWIŁ CIĘ – czego ty jeszcze chcesz?
Bóg jest naszym pokojem, ale my sami, często, wychodzimy z niego. Dlatego do tego pokoju trzeba nam powracać.
Bóg nam dobrze uczynił: przyszedł na ziemię, zbawił nas, jest z nami w Najświętszym Sakramencie. A nasz płacz i nasze niepokoje, jakich doświadczamy, są efektem marnotrawienia tego, co nam Bóg uczynił. Gdy wychodzimy z odpoczynku w Bogu i bierzemy życie w swoje ręce, poddając je własnym przewidywaniom, to przestajemy być mali i chroniący się w Bogu, dlatego też nie jesteśmy już strzeżeni przez Boga.
Ten, kto wychodzi pozbawia siebie łaski – tej łaski, która ma moc, aby zrealizować cel, dla którego jest dana, to jest ŻYCIE! A życie jest splotem tego, co było i co będzie: ciemności już przeszły, ale jeszcze są; są też jeszcze łzy, ale już jest uwolnienie od łez.
W takiej mierze może człowiek uczestniczyć w dobrach Odkupienia, w jakiej wierzy i cieszy się tym, że tak jest, jak Bóg uczynił.
wtorek, 3 lutego 2009
Tajemnica wcielenia
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Etykiety: Boże Narodzenie, medytacja, psalm
niedziela, 24 lutego 2008
Sobota 2 tygodnia Wielkiego Postu
z Łk 15,11-32
„Przez wszystkie lata pracowałem dla ciebie i nigdy nie sprzeniewierzyłem się twoim rozkazom. Ale nigdy nie dałeś mi koźlęcia, żebym mógł się zabawić z przyjaciółmi” (15,29)
Wydaje się, że nasz problem – „zasiedziałych” w świątyniach chrześcijan – jest pogrzebany w relacji osobowej z Bogiem, której nam, po prostu, brakuje. Przeświadczeni o własnej sprawiedliwości, żywimy nieustające pretensje do Boga o brak podniet w postaci rozrywek (takich swoistych fajerwerków) zarówno tych dla ciała, jak i dla ducha.
„Synu, ty jesteś ze mną zawsze i wszystko, co mam, jest twoje” (15,31).
Bóg wskazuje natomiast na relację osobową, w której On sam trwa z nami.
Ta relacja jest wystarczająca, aby nam zapewnić posiadanie wszystkiego, co jest potrzebne dla ciała i ducha, a także aby dać nam poczucie bezpieczeństwa płynące z tej relacji z Nim: głębokiej, trwałej, codziennej. Tego nie zapewnia relacja karmiona „fajerwerkami”, ale ta, która rodzi się przez całe życie i dojrzewa, w codzienności, do swojej pełni.
Codzienność koncentruje uwagę na „drugim”, a nie na sobie. W efekcie tak kształtowanego życia nie jest trudno dostrzec i takiego „drugiego”, który żałuje swoich czynów. Zrozumiałym też wtedy staje się fakt „świętowania i radowania się” (15,32) z nawróconym. O ileż głębsze jest to doznanie, niż „zabawianie się z przyjaciółmi”…
Inaczej rzecz ujmując, chrześcijanie dzielą się na tych, którzy twierdzą, że Bóg jest im coś winien i na tych, którzy znają swój grzech i dlatego wciąż zdają się na Boże Miłosierdzie. Owe „zdawanie się” pochłania całą uwagę człowieka, dlatego człowiek nabiera realnej żywotności.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Etykiety: medytacja, Wielki Post
niedziela, 13 stycznia 2008
Bóg miłości
1J 3,14b „Kto nie miłuje wytrwale, wciąż jest pod władzą śmierci (pozostaje w śmierci).”
Oddanie umysłu we władanie starej natury to śmierć, ale umysł we władaniu Ducha, to życie i pokój, to także bezpieczeństwo, dobre samopoczucie, dobrobyt, zdrowie, zadowolenie, pomyślność, pociecha, pełnia, prawość - czyli wszystko, co świecka popularna psychologia obiecuje, a czego dać nie może.
Dlatego Jezus mówi: „musisz się urodzić jeszcze raz z wysoka” /J 3,7/
Duch Święty daje moc do odwrócenia się od grzechu i do świętego życia. Ale Duch Mesjasza przybywa przez cnotę skruchy. Wówczas „uważajcie siebie za martwych dla grzechu, lecz żywych dla Boga przez swą jedność z Mesjaszem Jezusem” /Rz 6,11/
Najgłębszą życiową prawdą filozoficzną – głębsza niż wszelka analiza „id”, „ego”, „superego”, uwarunkowań genetycznych, filozoficznych, fizjologicznych, behawiorystycznych, środowiskowych czy edukacyjnych; traum, porodowych, kompleksów, doświadczeń seksualnych, uwarunkowań rodzinnych i rozmaitych wybiegów, do których uciekają się ludzie – jest fakt, że grzeszna, „stara natura” jest na wskroś niereformowalna.
„Jeśli kto zatem jest jedno z Mesjaszem, nowym jest stworzeniem – stare przeminęło, i spójrzcie: to, co nastało jest świeże i nowe!” /2Kor 5,17/, co oznacza, że ma drugą, nową ludzka naturę, pod władaniem Ducha Świętego. Stara natura umarła wraz z Jezusem i mocą Ducha pozostaje martwa – nie jesteśmy jej już nic dłużni, abyśmy mieli słuchać jej nikczemnych i zwodniczych podszeptów /Rz 8,1-13/.
Wskutek zjednoczenia z Jezusem, jesteśmy natomiast winni Bogu posłuszeństwo Jego pragnieniom i nakazom. Dowodem na to, że przeszliśmy ze śmierci do życia, są nie nasze przekonania i wyznania, ale fakt, że wytrwale miłujemy braci.
Według Godziny Czytań /Kol 4,2-18/ drobna dopowiedź.
Dobra Nowinę Jezusa powinno się oznajmiać z roztropnością, taktem, rozważnie i uprzejmie, zarazem jednak w sposób dosadny, a nie nudny: „zajmujący” (dosłownie „zaprawiony solą”).
Niektórym wydaje się, że wiara w Boga czy też Jezusa jest po prostu nudna, nieatrakcyjna, nużąca. A nie brakuje takich wierzących, którzy przyczyniają się do ugruntowania tego przekonania, bo sami są nudni, nieatrakcyjni i nużący, niezaprawieni niczym. Poruszając się w swoim środowisku pomiędzy Biblią, Kościołem i społecznością, nie w pełni wykorzystują każdą okazję, aby dotrzeć do ludzi rozpaczliwie potrzebujących Mesjasza. Ale skoro ich własne życie wydaje się martwe... wydają się oni niezdolni do uczynienia swego sposobu mówienia uprzejmym i zajmującym i wcale nie wiedzą, jak rozmawiać z każdą konkretną osobą, bo w odróżnieniu od Pawła nie próbują zrozumieć ludzi spoza własnego kręgu, pochodzących z innych środowisk i mających inne doświadczenie życiowe. Przekazywanie Ewangelii zasadza się na słuchaniu w równym stopniu jak na mówieniu, nade wszystko zaś na modlitwie.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Etykiety: Boże Narodzenie, medytacja, miłosierdzie
Czynić wytrwale to, co się Bogu podoba
1J 3,10 „ A tak można wyraźnie odróżnić dzieci Boga i dzieci Przeciwnika: nikt, kto nie czyni wytrwale tego, co sprawiedliwe, nie jest od Boga . Podobnie nikt, kto nie miłuje wytrwale swego brata, nie jest od Boga.”
z Ef 5,22-6,9
„Mężowie, kochajcie swoje żony”
Mężczyznom często zbyt łatwo przychodzi rządzenie się, ciężko natomiast czułe okazywanie miłości, w sposób pełen poświęcenia: tak jak Jezus ukochał Kościół.
„Żony powinny podporządkować się mężom, tak jak podporządkowują się Panu”
Kobietom często naturalnie przychodzi wyrażanie miłości, trudniej natomiast uznanie władzy męża nad sobą.
W małżeństwach zorientowanych egocentrycznie do kłótni dochodzi między kobietami, które nie chcą podporządkować się mężom, a mężczyznami, którzy nie kochają żon.
W małżeństwach spoglądających ku Bogu, kłótnie się zdarzają, ale mają inny charakter, bo toczą się między mężczyzną gotowym na wiele, żeby okazać miłość i kobietą gotową na wiele, żeby okazać uległość. A Jezus kieruje wtedy wszystko we właściwą stronę.
„Głową żony jest mąż” czyli jest on odpowiedzialny za stwarzanie porządku w życiu małżeńskim. Aby to uczynić, musi być przede wszystkim kochający i to bezinteresownie, bez ociągania się czy oczekiwania, że żona ustąpi jako pierwsza.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Nie grzeszyć z rozmysłem
Jeżeli nosimy w sobie nadzieję spotkania Jezusa przez upodobnienie się do Niego, to mamy dalej się oczyszczać, bo Bóg jest czysty! /1J 3,3/
Wyznanie /nowe wyznanie/ wiary w Jezusa jest jednoznaczne z przyjęciem, za swoje, /nasienia/ Ewangelii i od tej chwili obowiązuje nas walka z grzechem, we wszystkich obszarach życia /żaden z obszarów nie może pozostać dla grzesznych praktyk/:
- nie wolno nam popełniać żadnego grzechu z rozmysłem
- w miejsce samoobrony i mnożenia usprawiedliwień, należy przyznać się do grzechu i wyrzec się go
- wszystkie obszary życia powinny pozostawać pod nieustanna autokontrolą.
Samo „wyparcie się” niedoskonałej przeszłości nie wystarcza. Należy ją zniszczyć:
- stąd poszukiwanie w sobie „złej skłonności”, która wywołuje „ferment w sercu”
- wyszukiwanie grzesznych namiętności i zachowań, pozostałych po starym życiu /”bez Boga”/
I chociaż teoria jest znana, to bliższa analiza tekstów /w żydowskim rozumieniu/ daje ową zachętę: „dalej się oczyszczać”, która staje się przesłaniem czasu Bożego Narodzenia, z jednoczesnym wszczepieniem nadziei na doświadczenie nowej /w nowy sposób/ Obecności Pana, Który „narodził się”.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Etykiety: Boże Narodzenie, medytacja
sobota, 1 grudnia 2007
1 niedziela Adwentu – Rok „A”
Mt 24,37-44
„Wtedy, przed potopem wciąż jedzono i pito, brano sobie żony i stawano się żonami, aż do chwili, gdy Noe wszedł do arki; i nie wiedzieli, co się dzieje, aż przyszedł potop i zmiótł ich wszystkich. … Bądźcie więc czujni, … bo Syn Człowieczy przyjdzie, kiedy nie będziecie się Go spodziewać. ”
Rz 13,11-14
„Najwyższy już czas, abyście rozbudzili się ze snu, bo ostateczne wyzwolenie bliżej jest niż w chwili, gdy po raz pierwszy zaczęliśmy ufać. Odrzućmy więc czyny ciemności … żyjmy porządnie. … I nie traćcie czasu na rozmyślanie, jak zaspokoić grzeszne pragnienia starej natury.”
Trzeba opróżnić swoją duszę, do dna, a raczej prosić Pana Boga, żeby ją opróżnił:
-> Życie bez uznania istnienia Boga, to jest jedna z najboleśniejszych pomyłek człowieka.
-> Życie z uznaniem istnienia Boga, ale bez szukania kontaktu z Nim i poprawnego do Niego stosunku, to smutna niekonsekwencja.
-> Życie z uznaniem istnienia Boga, z poznaniem – w granicach możliwości – Jego istoty i z podążaniem do poprawnego stosunku wobec Niego, ale bez oddania się Mu, to miłość własna.
Cały sens życia wewnętrznego, to oddanie się Bogu. On Ojciec – ja dziecko. On wszystko – ja nic. I byłoby wszystko bardzo łatwe, gdyby nie nasza wolna wola, kochająca na pierwszym miejscu siebie, udaremniająca poddanie się woli Bożej. Wolna wola: w niej rodzi się lęk przed poniżeniem, ośmieszeniem i wzgardą. Nam się stale jeszcze wydaje, że jesteśmy czymś i że coś możemy. Trzymamy kurczowo w rękach okruchy naszego bez rozumu i nazywamy je mądrością życiową, nie pozwalamy Bogu wyrwać świecidełek i fatałaszków – i zwiemy je największymi skarbami, i szczęściem.
Tymczasem nasza rola we wspaniałym dziele naszego przytuleniu się do Ojca, czyli świętości, polega na opróżnieniu duszy, by Bóg mógł ją napełnić.
Przychodzimy do Boga niosąc w duszy naczynia pełne wody brudnej, zatęchłej, nazbieranej z kałuż przydrożnych i cieszymy się niezmiernie, że są pełne! Prosimy Boga, aby nam coś dodał, a On nie może, bo jest pełno. Jako szczyt bohaterstwa wylewamy odrobinę, a Pan Bóg jeszcze nie może nam nic dodać. – Bo choćby wlał do duszy najpiękniejszy kryniczny płyn łaski, to przecież zmąci się on i zniszczy od błota, które pozostało na dnie.
I nie należy Bogu przeszkadzać, a tymczasem nam się wydaje, że mimo wszystko coś jeszcze możemy. Jesteśmy jak małe dziecko, które z uporem męczy mamę, że ono samo chce zanieść talerz zupy na stół. A potem, w połowie drogi „bęc” – wszystko pryska w kawałki, a dziecko z płaczem i żałością wraca do matki.
Przecież dzieło uświęcenia, to jest dzieło Boga, a „moje” tylko o tyle, o ile poddaję się Bożym światłom i impulsom. Pod tym względem mamy wiele złudzeń.
-> Oddanie się Bogu, to podstawa dążenia do świętości, a właściwie do tego, bym był takim, jakim mnie Bóg chce mieć.
-> Oddanie się Bogu, by mogło być pełne, musi się opierać na bezgranicznej ufności; by mogło być skuteczne, musi jako podstawę mieć pokorę.
Pokora, to cnota bardzo niepopularna, w ocenie większości ludzi – nieżyciowa i zupełnie nie na dzisiejsze czasy. Ja mam być pokorny? Dziś? Przecież ja muszę wygryzać po prostu i wydzierać innym to, do czego mam prawo. Jeśli będę pokorny, będą mną pomiatać, będą lekceważyć, w ogóle przestaną się ze mną liczyć. Narażę się na kpiny, posądzenia o średniowiecze, zaśniedziałe poglądy i zacofanie. Bo przecież pokora, to przekreślenie wszelkiego postępu, brutalne zgaszenie entuzjazmu i śmierć młodzieńczym snom o wielkości… .
A przecież pokorny Noe, działający wbrew rozsądkowi, pozostaje po dziś dzień wielkim … !
Jezus, natomiast, mówi jeszcze o nagrodzie: „Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny w sercu, a znajdziecie odpoczynek dla waszych dusz.” (Mt 11,29)
Kto posiadł pokorę, ten spełnił zasadnicze swe moralne zadanie, odniósł zwycięstwo. A właściwie, to Bóg w nim zwyciężył. Pokora to jest dzieło łaski. Ta bowiem, zdobyta siłami naturalnymi, rodzi zniechęcenie, prowadzi do rozpaczy i zarażona jest pychą (pysznię się z tego, że jestem pokorny).
Pokora jest wartością bez ceny. Daje ona wielką duchową wolność, wolność Bożego dziecka, które zawsze może czynić wszystko, co dobre, nie krępując się ani ludzką opinią, ani interesem własnego „ja”. Jej owocem jest pokój, wewnętrzne ukojenie i cisza – wynikające z uporządkowania. Dla jej zdobywania warto poświęcić wszystko i największe ponieść ofiary. Z nią otrzymujemy wszystkie inne łaski, bo Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje.
Świadomi, że pokory sami nie zdobędziemy, prośmy z ufnością, jak trędowaty z Ewangelii: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.”
Autor:
Człowiek
0
komentarze
sobota, 3 listopada 2007
Rozważanie na 31 niedzielę zwykłą roku C
Łk 19,1-10
"... Dziś zbawienie przyszło do tego domu, ponieważ człowiek ten też jest synem Abrahama. Bo Syn Człowieczy przyszedł, aby odszukać i ocalić to, co zginęło."
2Tes 1,11-2,2
"... modlimy się za was, aby nasz Bóg uczynił was godnymi Jego powołania i przez swą moc wypełnił każdy wasz dobry zamysł i każdy czyn płynący z waszej ufności. ... Prosimy was, bracia, abyście się nie dali łatwo zbić z tropu w swoim myśleniu, ani zaniepokoić..."
Jezus wybrał uczniów, lecz przede wszystkim miał tłum do nauczania. Inaczej mówił do uczniów, a inaczej do tłumu, spośród którego chciał dopiero pozyskiwać uczniów.
Wszyscy więc mamy stać się Jego uczniami, a jedynie zostaje zachowana pewna kolejność, którą ustala sam Pan.
Oto jesteśmy świadkami pozyskania Zacheusza, który nawracając się zostaje przyjęty do grona uczniów, przez przyjęcia zbawienia. Odtąd będzie on już pełnił dobre czyny, gdyż odpuszczone mu grzechy "zrobiły" miejsce dla dobrych zamysłów, będących Bożymi natchnieniami. Jezus w życiu Zacheusza jest już obecny jak w swoim domu.
"Modlimy się", abyście Wy – uczniowie Pana: młodsi i starsi, nie dali się zwieść, zbić z tropu, w swoim myśleniu.
Stąd, w tym cyklu czytań, znalazła miejsce szczególna modlitwa przenikająca serce "ucznia":
Mdr11,22-12,2
"Świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali,
kropla rosy porannej, co spadła na ziemię.
Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy,
i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili.
Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia,
niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś,
bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił.
Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał?
Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał?
Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!
Bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie.
Dlatego nieznacznie karzesz upadających
i strofujesz, przypominając, w czym grzeszą,
by wyzbywszy się złości, w Ciebie, Panie, uwierzyli."
Autor:
Człowiek
0
komentarze
środa, 31 października 2007
Św. Faustyna o dniu zadusznym
Wieczorem kiedy chodziłam po ogrodzie odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę i zapytałam się dusz wewnętrznie: pewno jesteście bardzo szczęśliwe? Wtem usłyszałam te słowa: o tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą - a później cisza jako przedtem. Weszłam w siebie i myślałam długo, jak ja spełniam wolę Bożą i jak korzystam z czasu, którego mi Bóg użycza.
W ten sam dzień, kiedy się udałam na spoczynek, w nocy przyszła do mnie jakaś duszyczka i uderzając w szafkę, zbudziła mnie, prosząc o modlitwę. Chciałam się zapytać kto ona jest, jednak umartwiłam swoją ciekawość i to małe umartwienie połączyłam z modlitwą i ofiarowałam za nią.
Kiedy przed dniem Zadusznym poszłam na cmentarz o szarej godzinie, cmentarz był zamknięty, jednak uchyliłam trochę drzwi i powiedziałam, że jeżeli czego żądacie duszyczki, chętnie wam zadośćuczynię, o ile mi na to reguła pozwoli. Wtem usłyszałam te słowa: spełnij wolę Bożą, - my o tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą. Wieczorem przyszły te dusze i prosiły mnie o modlitwę, modliłam się wiele za nie. A kiedy procesja wracała z cmentarza, ujrzałam całe mnóstwo dusz, które razem szły z nami do kaplicy, były modlące się razem z nami.
Odwiedziła mnie znowuż jedna dusza w nocy, którą już kiedyś widziałam, jednak ta dusza nie prosiła mnie o modlitwę, ale robiła mi wymówki takie, że byłam kiedyś bardzo próżna i pyszna, a teraz tak się wstawiasz za innymi, a i teraz jeszcze masz niektóre wady. Odpowiedziałam, że byłam bardzo pyszna i próżna, ale już się spowiadałam i pokutowałam za swoją głupotę i ufam w dobroć Boga mojego, a jeżeli teraz upadam, to raczej mimowolnie, a nigdy z rozmysłem, chociażby to w rzeczy najmniejszej. Jednak dusza ta zaczęła mi robić wymówki, czemu nie chcę uznać jej wielkości, - jaką mi oddają wszyscy, za moje wielkie czyny, czemuż ty jedna nie oddajesz mi chwały. Wtem ujrzałam, iż w tej postaci szatan jest i rzekłam: Bogu samemu należy się chwała, idź precz szatanie! I w jednej chwili dusza ta wpadła w otchłań straszliwą, niepojętą nie do opisania i rzekłam do tej nędznej duszy, że powiem o tym całemu Kościołowi.
Kiedy raz odwiedziłam jedną chorą Siostrzyczkę, a miała już osiemdziesiąt cztery lata i odznaczała się wielu cnotami, zapytałam ją: pewno Siostra już gotowa. stanąć przed Panem? – Odpowiedziała mi: że całe życie się przygotowywała na tę ostatnią godzinę i powiedziała mi te słowa: że wiek nie zwalnia od walki.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Dzień Zaduszny
→ Jan Paweł II "Rzeczy ostateczne":
Czyściec jest dla tych, którzy są otwarci na Boga, lecz w sposób niedoskonały.
Ten, kto nie odznacza się czystością serca, winien przejść oczyszczenie "jakby przez ogień" (1Kor 3,15).
Każdy ślad przywiązania do zła winien zostać usunięty – wg 2Kor 7,1 "oczyszczenie z wszelkich brudów ciała i duszy".
Czyściec nie jest miejscem, lecz stanem życia.
Duszom czyśćcowym pomagamy przez:
- ofiarę Mszy św.
- przyjęte i cicho zniesione cierpienie
- różaniec
- drogę krzyżową
- ofiarowanie odpustów
- jałmużny, dobre uczynki
- palenie świec
- przeżegnanie wodą święconą.
→ W Kościele znane jest powołanie do obcowania z duszami czyśćcowymi. Oto relacja:
Maria Simma ma ok. 90 lat. Mieszka sama w swoim niewielkim domu w Sonntag, w Austrii. Jest prostą wieśniaczką, która od dzieciństwa modli się dużo za dusze czyśćcowe. Mając 25 lat została wyróżniona wyjątkowym i szczególnie rzadkim w Kościele charyzmatem – otrzymała dar odwiedzin dusz czyśćcowych. Maria Simma jest bardzo żarliwą katoliczką - o wielkiej pokorze i ogromnej prostocie. W tej misji wspiera ją proboszcz jej parafii. a także miejscowy biskup. Pomimo nadzwyczajności tego daru żyje bardzo ubogo, w wielkim wyrzeczeniu. ... Być odwiedzanym przez dusze czyśćcowe, to charyzmat wyjątkowy, ale swoimi korzeniami jest on głęboko zanurzony w historii Kościoła, ponieważ bardzo wielu świętych - kanonizowanych lub nie - miało ten dar. Wymieńmy tylko: św. Gertrudę. św. Katarzynę z Genui, która dużo napisała na ten temat, Marię-Annę od Jezusa, św. Marię-Małgorzatę z Paray-le-Monial. która miała objawienia Najświętszego Serca Pana Jezusa, św. Proboszcza z Ars. św. Jana Bosko, św. Faustynę. I gdy pochylamy się z uwagą nad nauczaniem tych świętych, widzimy że wszyscy. naprawdę wszyscy. mówią to samo. Maria Simma pozwala przeżyć na nowo ich piękne świadectwo.
→ Czym jest czyściec? Przybliżają nam to pojęcie same dusze czyśćcowe:
Otóż jest to genialny pomysł Pana Boga. Wyobraź sobie: pewnego dnia otwierają się przed tobą drzwi i pojawia się Ktoś nadzwyczajnie piękny, tak bardzo piękny, że nigdy przedtem nie widziałeś kogoś podobnego na ziemi. Jesteś poruszony i zafascynowany tą Istotą, która jest samym pięknem i światłem, tym bardziej, że ten Ktoś okazuje ci, ze jest zakochany w tobie do szaleństwa a nigdy przedtem nie mogłeś sobie nawet wyobrazić, iż możesz być tak bardzo kochany!
Odkrywasz także, że On bardzo pragnie cię przyciągnąć do siebie i przytulić. Ogień miłości, który płonie już w twoim sercu popycha cię – aby jak najszybciej rzucić się w jego ramiona, ale oto... uświadamiasz sobie w tym samym momencie, że od wielu miesięcy się nie myłeś, że obrzydliwie cuchniesz, że masz tłuste, pozlepiane włosy, okropne plamy na ubraniu itd. Wtedy mówisz sobie: Nie, nie mogę pokazać się w takim stanie. Najpierw się umyję – wezmę porządny prysznic, a potem szybko wrócę – aby się z Nim spotkać. Tylko że miłość, która narodziła się w twoim sercu, jest tak intensywna, tak płonąca, tak żarliwa, że to opóźnienie spowodowane prysznicem jest zupełnie nie do zniesienia. I ten ból nieobecności – nawet, gdy trwa tylko kilka minut – okrutnie parzy ci serce. Ten płomień jest oczywiście proporcjonalny do siły objawionej miłości.
Otóż czyściec – to dokładnie to. To opóźnienie z powodu naszej nieczystości, zanim obejmiemy Boga; to żar miłości, który zadaje ogromne cierpienie, ta miłosna tęsknot – to właśnie ona obmywa nas z tego, co jest w nas jeszcze brudne. Czyściec, to miejsce pragnienia, szalonego głodu Boga. Głodu Boga, którego już znam, ponieważ Go zobaczyłem, ale z którym nie jestem jeszcze zjednoczony. Dusze czyśćcowe mówią często Marii Simmie o tym, jak bardzo to pragnienie jest bolesne. To prawdziwa agonia. Czyściec, to w rzeczywistości ból braku Boga.
→ A oto relacja jednej duszy czyśćcowej na temat przeżywanych tam cierpień i spotkań:
Są różne stopnie w czyśćcu. I tak nazywam wielkim czyśćcem miejsce, gdzie znajdują się dusze obciążone wielkimi winami, a gdzie ja też pozostawałam przez dwa lata bez możności przekazania jakiejkolwiek wiadomości o swych cierpieniach, a potem rok cały, gdy słyszałaś moje lamenty. Wiesz, że pozostawałam tam jeszcze wtedy, gdy zaczęłam do ciebie mówić.
Drugi czyściec jest tak samo czyśćcem, lecz różni się od pierwszego tym, że cierpi się tam też bardzo, ale już mniej, niż w poprzednim.
Wreszcie jest trzecie miejsce, które jest czyśćcem pragnienia. Nie ma w nim ognia. Pozostają tam dusze, które w czasie ziemskiego życia niezbyt żarliwie pragnęły nieba, nie dość kochały Boga. Ja w nim przebywam w tej chwili. W tych trzech czyśćcach jest jeszcze wiele stopni. W miarę, jak dusza się oczyszcza, nie przechodzi już tych samych mąk. Wszystko jest proporcjonalne do win, za które musi wynagradzać.
Wielki żar panuje czyśćcu, bez porównania większy od ziemskiego upału. Jedna krótka modlitwa przynosi nam tak wielką ulgę! Odświeża nas, jak bardzo spragnionego - szklanka zimnej wody.
Widujemy świętego Michała tak, jak się widzi Aniołów: nie ma on ciała. Przybywa do czyśćca na poszukiwanie wszystkich dusz, które już zostały oczyszczone, gdyż to właśnie on do nieba je wprowadza. Tak, to prawda, co mówił biskup: jest on pomiędzy Serafinami. Jest pierwszym aniołem nieba. Nasi Aniołowie Stróżowie odwiedzają nas również, ale święty Michał jest od nich o wiele piękniejszy!
Matkę Najświętszą widujemy w ciele. Przybywa do czyśćca w dni swoich świąt i wraca do nieba z wieloma duszami. Nie cierpimy wtedy, gdy z nami przebywa. Jej widok dodaje nam odwagi, poza tym ta dobra Matka mówi nam o niebie. Gdy Ją widzimy, nasze cierpienia wydają się nam mniejsze.
O, jak bardzo pragnę pójść do nieba! Och, co za męczeństwo trzeba przechodzić od chwili, gdy się poznało dobrego Boga!
Dobrze, że modlisz się i zachęcasz do korzystania ze wstawiennictwa św. Michała Archanioła. Jest się szczęśliwym w godzinie śmierci, jeśli można pokładać ufność w jakichś świętych, którzy stają się naszymi orędownikami wobec Boga w tej strasznej chwili.
→ Szczególne świadectwo, z chwili śmierci:
Poproszono Marię, aby dowiedziała się o los pewnej kobiety. Jej krewna uważała ją za potępioną, ponieważ prowadziła ona bardzo złe życie. Kobieta ta zginęła w wypadku - wypadła z pociągu. Pewna dusza powiedziała Marii, że kobieta ta została wybawiona od piekła, ponieważ w chwili śmierci powiedziała Bogu: "Masz rację zabierając mi życie, ponieważ w ten sposób nie będę już mogła Cię obrażać" - i to zmazało wszystkie jej grzechy. Jest to bardzo istotne, ponieważ pokazuje, że jeden poryw pokory i żalu w chwili śmierci może nas uratować. To nie znaczy, że ona nie trafiła do czyśćca, ale przynajmniej uniknęła piekła, na które być może skazywała się przez swoją bezbożność.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
poniedziałek, 29 października 2007
Rozważanie na 30 niedzielę zwykłą, rok C
"Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".
Są to niewątpliwie Słowa Ewangelii, które trudno jest "przełknąć" w dzisiejszych czasach. "Co to za bóg, który wymaga, aby człowiek czołgał się przed nim? Czy jego wszechmoc potrzebuje potwierdzenia poprzez upokorzenie człowieka? Taki bóg, który tłamsi godność człowieka zasługuje jedynie na naszą pogardę. Lepsze piekło niż wieczne uniżanie się do jego nóg!".
Lecz niechaj nasz rozmówca uspokoi się: bożek, którego opisuje i świadomie odrzuca istnieje jedynie w przepełnionej poczuciem winy ludzkiej świadomości. Zresztą, Jezus nie mówi, że to Bóg chce naszego uniżenia, ponieważ druga część wersetu – wyrażająca pojęcie ruchu – oznajmia, wręcz przeciwnie, że Pan wywyższy ku Sobie tego, kto się uniża. Strona bierna "będzie wywyższony" jest w istocie dobrze znanym środkiem stylistycznym pozwalającym na uniknięcie wypowiedzenia Imienia Boga. Jeśli chodzi o świadome zachowanie człowieka, "który się uniża", to nie jest ono odpowiedzią na żądanie Pana, lecz wynika z wyłącznej inicjatywy podmiotu. Ten, kto świadomie, to znaczy bez przymusu, w zupełnej wolności, uświadamiając sobie swoją ludzką dolę człowieka grzesznego "uniża się" przed Bogiem, ten będzie przez Niego wywyższony.
"Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".
Zaczęliśmy od drugiej części wersetu, ponieważ to ona zazwyczaj stanowi problem. Lecz, mając ma uwadze właściwe zrozumienie sentencji należy przyjąć tok logiczny zaproponowany przez Jezusa, który zaczyna oznajmiając poniżenie tego, kto rości sobie prawo do wywyższania się. Tym razem to niezaprzeczalnie Bóg powoduje uniżenie, a dokładniej, to Jego interwencja kładzie kres wyczynom tego, kto "się wywyższa", czyli popada w egzaltację, chełpi się samym sobą. Podobnie jak król Tyru: "Ponieważ serce twoje stało się wyniosłe, powiedziałeś: «Ja jestem Bogiem, ja zasiadam na Boskiej stolicy, w sercu mórz» – a przecież ty jesteś tylko człowiekiem a nie Bogiem, i rozum swój chciałeś mieć równy rozumowi Bożemu. Dzięki swej przezorności i sprytowi zdobyłeś sobie majątek, a nagromadziłeś złota i srebra w swoich skarbcach. Dzięki swojej wielkiej przezorności, dzięki swoim zdolnościom kupieckim, pomnożyłeś swoje majętności i serce twoje stało się wyniosłe z powodu twego majątku" (Ez 28,2-5).
Czyż ten opis nie zaskakuje swoją aktualnością we współczesnych nam czasach, gdy ekonomia rynkowa ukierunkowana jest na przyniesienie maksymalnego zysku mniejszości, której bogactwo zdaje się urągać niebiosom? Jednak, poprzez swą pogardę dla podstawowych praw ludzi najbardziej potrzebujących, możni tego świata "gromadzą żarzące węgle na swoją głowę" : "Ja jestem Pan, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię" (Ez 17,24).
"Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".
Tak oto zostaliśmy ostrzeżeni – pyszny będzie uniżony, jego pycha zostanie unicestwiona, a jego sława nie pójdzie za nim do królestwa śmierci, podczas gdy pokorny zostanie wywyższony i będzie radował się obfitością pokoju w Królestwie sprawiedliwych – "Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany" (Łk, 16,22). Byłoby błędem interpretować koniec pierwszego i drugiego odpowiednio jako "nagrodę" i "sankcję". Chodzi raczej o logiczną konsekwencję życia w prawdzie lub w kłamstwie.
"Któż będzie cię wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?" (1 Kor,4, 7). Pycha polega na przypisywaniu sobie Bożych darów i, tym samym, roszczeniu sobie prawa do chwały, która należy się jedynie Stwórcy. Pyszny porusza się na krawędzi przepaści pychy, w którą może wpaść w każdej chwili, ponieważ chełpiąc się samym sobą, w końcu zajmie – przynajmniej nieświadomie - we własnym sercu miejsce Boga. Tymczasem nawet jeśli myśli, iż sięga szczytów honorów, nie zdając sobie z tego sprawy, tkwi w najgłębszych otchłaniach, wciągnięty tam przez "Ojca kłamstwa", który "od początku był zabójcą" (J 8,44) wiodąc go na ścieżki pychy: "i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło" (Rdz 3,5).
Natomiast ten, kto się uniża w sposób pokorny i szczery, wyrażający jednocześnie skruchę i uwielbienie, daje świadectwo o tym, że przyjął Słowo Objawione oraz Ducha Świętego. Wobec piękna miłości Boga ukazującej się na obliczu Chrystusa, uznaje szpetotę swego grzechu. Lecz pewien Miłosierdzia swego Pana, wyznaje swoją winę i ośmiela się prosić o przebaczenie: "Zmiłuj się nade mną Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość" (Ps 51,3-4).
Łzy skruchy obmywają jego duszę z brudu grzechów, a jego oczyszczone oczy już kontemplują chwałę swego Zbawcy. "Adoracja – jak pisała bł. Elżbieta od Trójcy Świętej – jest miłością zmiażdżoną przez piękno". Są to słowa świętej, której jedynie rozum serca pozwala odkryć prawdę.
Nie, pokora nie obraża godności człowieka, wręcz odwrotnie, jest ona bramą do naszego prawdziwego człowieczeństwa. Ponieważ, jak mówił św. Grzegorz z Nyssy: "Jeśli moje serce nie jest świątynią Ducha Świętego, nie jestem (jeszcze) człowiekiem". Przecież Duch Święty zstępuje jedynie do serca pokornego, ażeby, oczyszczając je, uzdrawiając i uświęcając dokonać w nim dzieła zbawienia. To dlatego uzdrowienie rozkwita jedynie wzdłuż drogi pokory; drogi, która prowadzi do Nazaretu, gdzie ta cnota wydaje całe bogactwo swego owocu.
Niechaj Maryja i Józef pociągną nas ku swojemu domostwu pokory, ażeby Pan, który zniżył się ku nam mógł wywyższyć nas ku Sobie, gdy Jego dzień nadejdzie.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
sobota, 20 października 2007
Medytacja na 29 niedzielę zwykłą, rok C
Łk 18,1-8
"... Czyż zatem Bóg nie zapewni sprawiedliwości swoim wybranym, którzy wołają do Niego dniem i nocą? ... Ale kiedy Syn Człowieczy przyjdzie, czy w ogóle znajdzie na ziemi taką ufność?"
Módlcie się tak, żeby sprowadzać w dane środowisko Jezusa!
Jeżeli tylko się modlicie dla samego modlenia się (w efekcie, to do siebie), to na nic się to nie zda, bo w czasie "wzrastania cierni" naszego życia wszystko, co "na dziko" wzrastało – uschnie przecież.
Sprowadzać zaś Jezusa, znaczy: przekraczać własne granice (nie dać się sprowokować, ale walczyć; nie dać sobie zmienić myślenia, ale walczyć; nie dać sobie wyrwać chęci przemiany, ale walczyć; nie dać sobie odebrać resztek dobrego postępowania, ale walczyć...).
Poddanie się oznaczałoby zignorowanie śmierci Jezusa na krzyżu – śmierci poniesionej dla "mnie", osobiście, dla zwycięstwa w tym kolejnym zmaganiu się z kolejną swoją słabością, wobec konkretnej sprawy. I wówczas pozostawałoby już tylko poleganie na dewizach innych ludzi, na jakiejś ideologii, partii, czyli po prostu na człowieku.
Zaparcie się Jezusa, to sprzeciwianie się Duchowi Świętemu (który mieszka w świątyni naszego ciała), to odrzucenie światła, które zaprasza nas w konkretnym "tu i teraz" do kolejnej przemiany, do kolejnego owocowania → przez jasne widzenie sposobu, w jaki powinno się zrobić to, co nadchodzi.
Jeżeli "moja" modlitwa sprowadza Jezusa na ziemię, bo wypływa z głębin mnie samego i z powinności, jaka we mnie jest wpisana, to Pan jasno określa kierunek i sposób „mego” działania, które służą zawsze dla wzrostu „mojego” i całego środowiska, gdyż tylko po to żyjemy na tym świecie!!!
Wj 17,8-13
Tekst ten obrazuje wysiłek, jaki człowiek musi włożyć w modlitwę, która ma "sprowadzić Jezusa", by zwyciężyć to, co osłabia, by podjąć działanie, by przekroczyć własne granice.
2Tm 3,14-4,2
"Pismo Święte może dać mądrość prowadzącą do wyzwolenia dzięki ufności złożonej w Mesjaszu Jezusie. Całe Pismo jest natchnione przez Boga i cenne dla nauczania prawdy, przekonywania o grzechu, poprawiania wad i ćwiczenia w prawidłowym życiu; w ten sposób każdy, kto należy do Boga zostanie przygotowany do każdego dobrego dzieła."
Biblia jest nieporównanie bardziej autorytatywna niż cokolwiek innego, co kiedykolwiek napisano czy powiedziano. W niej jest zawarta niepodważalna prawda ujawniona przez samego Boga o sobie samym i o człowieku.
Pismo jednak musi się stać stałym pokarmem człowieka, i to we wszystkich czterech wymienionych dziedzinach(!) Taki człowiek na pewno podejmie każde dobre dzieło.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
poniedziałek, 8 października 2007
Medytacja na 27 niedzielę zwykłą roku C
Łk 17,5-10
"Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać."
"Jesteśmy zwykłymi niewolnikami, wypełniliśmy tylko nasz obowiązek"
Nie zasługujemy na podziękowania i nagrody.
Posłuszeństwo wobec Boga, to kwestia obowiązku.
Stąd każdy z nas powinien wyzbyć się pychy, która utrzymuje, że "coś nam się należy".
Mamy Ducha Świętego, dzięki któremu jesteśmy w stanie działać w prawości naszego ducha, trzymać się obowiązujących zasad.
Jednak Ducha w sobie należy ustrzec, przez:
SŁUŻBĘ DLA ZASAD, niezależnie od tego, komu się służy (także niewdzięcznym), co też dobrze robi "mnie samemu" → jestem czysty, bez zarzutu, a stąd płynie poczucie pokoju, bezpieczeństwa, wewnętrznego, mające powiązanie z wiarą.
WIERNOŚĆ ZASADOM niesie w sobie ŻYCIE w pokoju, jasności rozeznania, pewności → jest ono obecne na trwałe. Owa jasność wewnętrzna ma powiązanie z wiarą.
2Tm 1,6-8.13-14
"Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! ... Zdrowe zasady, któreś posłyszał ode mnie, miej za wzorzec w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie! Dobrego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka."
Niełatwo jest rozniecić płomień daru Bożego, łatwiej jest czekać biernie, aż się sam rozpali. Bierność jest związana z lękiem i apatią. Pokonuje je Duch Święty obecny w nas swoją mocą, miłością i opanowaniem.
Tą mocą Ducha rozniecamy w sobie dany każdemu z nas charyzmat.
Ufanie (wiara w sercu) musi korespondować z wyznaniem jej ustami, czyli oddaniem należnej chwały Temu, od kogo ona pochodzi.
Bez tego wyznania zawłaszczamy sobie cudzy (boski) dar i blokujemy go pychą. Tym samym należy nam się za to, jako zwykłym grzesznikom, kara piekła.
Być uznanym za sprawiedliwego można jedynie wtedy, gdy przyjmuje się Boży dar i wskazuje na jego Dawcę.
Wszyscy, którzy nie wyznają swej wiary publicznie, doznają zakłóceń w rozwoju duchowym; tak, że w końcu Jezus nie uzna ich przed swoim Ojcem w niebie.
Ufanie Bogu skupia się w szczególny sposób na momentach próby naszej wiary, kiedy to oczekujemy od Niego duchowej pomocy. "Znosząc pohańbienie" (trudy, przeciwności) na wzór Jezusa i razem z braćmi w wierze, przyjmujemy swój udział w Dobrej Nowinie, co wyraża się w czynach, wynikających z posłuszeństwa Bożym zasadom.
Te Boże zasady trzeba nieustannie poznawać oraz zgłębiać. Są one wielkim skarbem, którego należy pilnować, z pomocą Ducha Świętego!
Jud 3 "...uznałem za konieczne, aby napisać i usilnie zachęcić was do wytrwałej, żarliwej walki o wiarę, która raz na zawsze została przekazana ludowi Bożemu."
O zachowanie wiary należy wciąż walczyć pamiętając, że MOJE drogi (zamysły, chęci, odruchowe czyny,...) nie są BOŻYMI drogami.
Wyjściem z tego jest rozmyślanie nad mesjańskim sposobem życia.
W tym też miejscu rodzi się posłuszeństwo wynikające z ufności (wiary).
Konsekwencją jest ciągłe ufanie i ciągłe wyznawanie wiary CZYNAMI, z odniesieniem do Tego, który ich w nas dokonuje (bo są to dla nas czyny nowe, zaskakujące nas samych, nieznane ludzkiej naturze).
Wyznać, że "Jezus jest Panem" oznacza zobowiązanie do posłuszeństwa Jemu!!!
Mocą Ducha rozniecamy w sobie dany każdemu z nas charyzmat.
Rozwinięcie z Sb 26 tydz. zw. Łk 10,17-24
Zostaliśmy zanurzeni w rzeczywistości Boga Trójjedynego, która jest inna od naszej. Niemniej, zamieszkała ona – na sposób cielesny – w JEZUSIE i została nam dana w chrzcie. Jesteśmy za nią odpowiedzialni.
Mamy również MOC BOŻĄ dla pełnienia czynów zamierzonych przez Boga, różnych od czynów tego świata. Dlatego demony muszą poddać się i uciec (robiąc miejsce temu, co Boże). Pan uszczęśliwia – w Duchu Świętym – nasze "oczy" widzeniem tych cudów.
A wszystko przez to, że należymy już do Królestwa Bożego!
Jesteśmy jednak niewierni. W ten sposób tracimy wszystkie owe czyny i możliwości wykonania następnych.
Pan zaś zsyła KARĘ, na opamiętanie się i dla nawrócenia.
W takim położeniu UFAJ, nie trać nadziei na wyzwolenie z grzechów (uwikłań, letniości, apatii).
NAWRACAJĄC SIĘ szukaj Pana "dziesięciokrotnie", ze zwielokrotnionym pragnieniem, z pomnożonymi praktykami.
JAKĄŻ SZANSĄ JEST Różaniec! – I ten wysiłek wygospodarowanego czasu, nadłożonej drogi do kościoła, właśnie na nabożeństwo, na Mszę.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
piątek, 28 września 2007
Rok C - 26 niedziela zwykła
Historia bogacza, w oczach Chrystusa, rozgrywa się pomiędzy dwoma biegunami: między smutkiem na tej ziemi („młodzieniec odszedł zasmucony") i wiecznym nieszczęściem („strasznie cierpię w tym płomieniu"). Ludzie jednak zawsze próbowali obalić diagnozę Ewangelii. Jeszcze dzisiaj w mentalności wieki ludzi obraz człowieka bogatego ko-jarzy się instynktownie z obrazem radości. Bajkowe pałace, wspaniałe samochody i jachty, luksusowe hotele, najprzeróżniejsze i najbardziej wytworne przyjemności. I to wszystko nazywa się szczęściem.
Tymczasem często jest to jedynie maska szczęścia. Tragiczna parodia szczęścia. Pod nią kryje się przepastna pustka, nuda. bezkresny smutek. Przygnębiona dusza zmuszona jest znosić zniewagi zachłannego „mieć", które uniemożliwia wzrost „być". „Podle jest być szczęśliwym samemu... Życie zwrócone ku pieniądzom jest śmiercią". Człowiek bogaty popełnia to szaleństwo: rości sobie prawo do szczęścia w samotności. Nie zdaje sobie sprawy, że szczęście nie jest kawałkiem tortu, który można zjeść w samotności, w czterech ścianach własnego egoizmu, ale że trzeba je dzielić z wszystkimi.
„Bogacz jest synonimem człowieka, któremu nic się nie może oprzeć. Bogacz posiada środki, by zapanować nad światem. Nic musi użerać się z ludźmi. Pomiędzy bogatym i innymi istotami leży zawsze pieniądz, który eliminuje opory, fałszuje słowa i zachowania ludzkie. Od czasu do czasu coś się wydarza, ale nawet wydarzenie można kupić: kupuje się zdrowie, czyli chorobę lub śmierć, kupuje się pozory przyjaźni i miłości, dławiąc wszelkie przejawy prawdziwych uczuć. Stwarza się życie niezbyt katastroficzne, które na życzenie może być słodkie albo mdlę. zmysłowe lub ekscytujące.
I tak bogaty stopniowo oducza się Bliźniego. Najgorsze zaś jest przeświadczenie, iż posiada świat, ponieważ może go niweczyć. Ta żałosna moc, która działa za pośrednictwem materii i nie wie, co to jest dar z siebie - prawdziwe bogactwo ubogiego, kształtuje oblicze bogacza i styl jego życia, ozdabiając je miłą powierzchownością, kwiecistym uśmiechem i mechaniczną butą. Bogactwo - oto tytuł uzurpowany. Zniekształca ono oblicze nic tylko bogatych, ale również i świata, który rozciąga się przed nimi. Niweluje różnice, zaciera kontury, opiera się na uproszczonej, żałosnej psychologii, tchórzliwej w swych założeniach i w swej postawie wobec życia. Jedynie ubóstwo, które konfrontuje ogołoconą duszę z doświadczeniem i ujawnia jej prawdę, zna wystawne bogactwa świata."
Autor:
Człowiek
0
komentarze
wtorek, 25 września 2007
Słowo życia - 25 niedziela zwykła, rok C
«Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości».
Kontekstem tego wersetu jest «skandaliczna» przypowieść o nieuczciwym rządcy, któremu Jezus zdaje się gratulować z powodu jego sprytu. Zauważmy jednak, że to nie Jezus chwali nieuczciwego rządcę, lecz «człowiek bogaty». Jezus przemawia w pierwszej osobie dopiero w komentarzu, który dodaje do przypowieści: «Ja też wam powiadam». Otóż w dalszej części Nasz Pan znajduje się wyraźnie w opozycji w stosunku do poprzedniego stwierdzenia, przypisywanemu «panu» z przypowieści. Ponieważ spryt rządcy dotyczy wyłącznie tego świata – przy współudziale dłużników swego pana pragnie zapewnić sobie bezpieczną przyszłość, to znaczy bez większego wkładu pracy w dalszym ciągu używać dóbr ziemskich. Podczas gdy nauka Jezusa wybiega znacznie poza krótkoterminową kalkulację ograniczającą się do tych kilku lat, danych nam do przeżycia tu, na ziemi. Posługując się swoim ulubionym rodzajem argumentu o niepodważalnym charakterze Nasz Pan prowadzi nas na horyzont «wiecznych przybytków».
«Jeśli synowie tego świata są tak przebiegli w drobnej rzeczy, tym bardziej wy, synowie światłości, powinniście być zdolni do zdobywania zasług z myślą o dniu kończącym waszą ziemską drogę, kiedy to będziecie musieli zdać rachunek z zarządu waszym ziemskim życiem».
Dalszy ciąg nauki Jezusa potwierdza, iż byłoby błędem przypisywać Mu pochwałę skierowaną pod adresem sprytnego rządcy. Nasz Pan określa «niegodziwą mamonę» mianem cudzego dobra, będącego «drobną rzeczą». Co więcej: «Kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy» - to znaczy w zarządzaniu «niegodziwą mamoną» - ten nie otrzyma Dobra Prawdziwego – będzie pozbawiony życia wiecznego, które Bóg przeznacza dla tych, którzy służą mu w prawości i miłosiernej prawdzie. Jedyna, naprawdę ważna «wielka rzecz» nie dotyczy tego przemijającego świata, lecz tego, ku któremu zmierzamy wszyscy. Kto jest roztropniejszy – ten, kto wskutek nieuczciwego sprytu, nie zważając na swoje odwieczne przeznaczenie, zapewnia sobie te kilka lat ziemskiego «przybytku», czy ten, kto okazując się godnym zaufania poprzez swą uczciwość przygotowuje sobie miejsce w przybytku Ojca?
«Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości».
Tymczasem Jezus zachęca nas do wzorowania się na zachowaniu nieuczciwego rządcy – dowodzi tego kolejny niepodważalny argument. Chodzi o przeniesienie na horyzont życia wiecznego - w sposób godny zaufania – nieuczciwej strategii opracowanej przez rządcę w celu zapewnienia sobie dóbr ziemskich. Przyjrzyjmy się temu bliżej…
Rządca jest bez wątpienia nieuczciwy, lecz podstęp jego strategii polega na tym, że nie popełnia tej kradzieży sam. Nie można go nawet oskarżyć o kradzież dóbr swego pana, bowiem zadowala się on nieuczciwym wzbogaceniem dłużników tego ostatniego. Stają się oni tym samym wspólnikami rządcy zmuszonymi, w konsekwencji, do opłacenia jego milczenia. Czy ci figuranci są jego przyjaciółmi? Mamy podstawy, aby w to wątpić. Zwyczaje obowiązujące w tego rodzaju środowiskach mafijnych na pewno nie wypływają z przyjaźni. A więc to nie do takiej postawy zachęca nas Jezus mówiąc: «Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną», w domyśle: a nie wspólników, którzy w rzeczywistości są waszymi nieprzyjaciółmi, usiłującymi jedynie uwolnić się od długów, które zaciągnęli w stosunku do was, nawet za cenę pozbycia się was. To na pewno nie figuranci nieuczciwego rządcy wpuszczą go do «wiecznego przybytku». Nawet zakładając, że «synowie tego świata», czyli ciemności, przybędą do «wiecznego przybytku», to, ponieważ niegodziwej mamony już tam nie będzie, odwrócą się od swojego wierzyciela, który tym samym straci całą swoją władzę w stosunku do nich. «Pozyskiwać sobie przyjaciół niegodziwą mamoną» oznacza możliwość tworzenia za pomocą pieniędzy więzów, które przetrwają nawet wtedy, gdy pieniądze te znikną.
I to są jedyne więzy, które mogą naprawdę przetrwać w «wiecznym przybytku». Jedynym zaś długiem, który nie będzie nam darowany w Królestwie miłości, jest dług miłości miłosiernej. Taki właśnie spryt Jezus sugeruje «synom światłości» - być godnym zaufania w zarządzaniu niegodziwą mamoną, przeznaczając ją na służbę przyjścia Królestwa, w którym istnieje jedynie logika daru i dzielenia się.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
środa, 19 września 2007
Środa, 24 tydzień zwykły
"Mądrość przejawia się we wszystkich rodzajach ludzi, jakich rodzi": w charakterze ludzi, którzy się jej trzymają.
Tak więc każdy stara się uzasadnić swoje własne pojmowanie mądrości.
→ Stąd Jan Chrzciciel – asceta "nie jadł chleba i nie pił wina", a Jezus – Przyjaciel "jadał z celnikami i grzesznikami".
"Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i do czego się przekonałeś, pamiętając o ludziach, od których się tego nauczyłeś. ... Całe Pismo jest natchnione przez Boga i cenne dla nauczania Prawdy, przekonywania o grzechu, poprawiania wad, i ćwiczenia się w prawidłowym życiu; w ten sposób każdy, kto należy do Boga zostanie w pełni przygotowany do każdego dobrego dzieła." (1Tm 3,14-17)
Pismo Święte może dać – każdemu – mądrość prowadzącą do wyzwolenia z grzechu i wad, dzięki ufności złożonej w Mesjaszu Jezusie. W Nim jest zawarta niepodważalna prawda ujawniona przez Boga o Nim samym i o człowieku.
Pozwól, aby Pismo stało się Twoim pokarmem we wszystkich dziedzinach:
• nauczania Prawdy
• przekonywania o grzechu,
• poprawiania wad,
• i ćwiczenia się w prawidłowym życiu.
W ten sposób, w łączności ze społecznością wierzących, zostaniesz przygotowany do każdego dobrego dzieła!
"Pamiętanie o ludziach, od których się nauczyłeś" nie oznacza jedynie wspominania ich, choćby z okazji świąt, lecz przede wszystkim oznacza odwoływanie się do ich postawy realizacji tego, czego nauczali, jak również śledzenia (w miarę możliwości) rozwoju ich wiary, kolejnych przejawów czynnej miłości Boga i bliźniego.
"I nieustannie uważajmy jeden na drugiego, żeby się wzajemnie pobudzić do miłości i dobrych czynów, nie zaniedbując spotykania się w naszych zgromadzeniach, jak to weszło niektórym w zwyczaj, lecz zachęcając się nawzajem." (Hbr 10,24-25)
Zaniedbywanie regularnego spotykania się ze zgromadzeniem wierzących, czyli uważanie tego za zbędne, to wręcz herezja, która zagraża zbawieniu tych ludzi, ponieważ wiara biblijna ma charakter społeczny.
Zbawienie wymaga bowiem praktycznego zastosowania poznanej Prawdy, czyli odnoszenia się do siebie nawzajem ze sprawiedliwością i miłosierdziem, co oznacza praktykowanie miłości.
→ Doprawdy, trudno jest zaczynać od praktykowania miłości "nieprzyjaciół", czyli osób spotykanych na drodze, w szkole, w pracy: nieufnych, obcych mentalnością, a nawet przekonanych do życia zasadami, których Biblia zabrania, ...
Trudno jest także praktykować tę miłość w szeroko pojętej wspólnocie parafialnej!
Dlatego potrzebne jest osobiste zaangażowanie w budowanie Mistycznego Ciała Chrystusa czyli Kościoła w małych wspólnotach, które pozwalają na pielęgnowanie więzi międzyludzkich, porozumienia się i wspólnej pracy dla królestwa Bożego.
→ Bo i skąd ma płynąć przykład praktycznej miłości dla tych, co nie studiują Biblii lub których wychowano "bez Boga", itp...
Naszą duchowość kształtuje życie wspólne, tymczasem szerzy się wśród nas "uczniostwo bez poświęceń i tania łaska", co znaczy: przyswajam Prawdę umysłem, ale nic mnie ona nie kosztuje, gdyż nie angażuję się w życie wspólne, lecz "fruwam" z jednej grupy do drugiej (z jednego przyzwyczajenia do drugiego, czy też pomysłu na życie), bez zaangażowania w żadną.
Można się udzielać w różnych grupach (formach pracy duszpasterskiej), ale jedna, ta podstawowa, musi "mnie" związać ze sobą i na "mnie" oddziaływać: formować i rozliczać z tej formacji przez wymaganie coraz doskonalszych więzi, analizy błędów, odwoływania się do roli formatora (moderatora, animatora, kapłana, kierownika duchowego).
Dopiero takie zaangażowanie nazywa się pracą dla królestwa Bożego i jest kontynuowaniem wielkiego dzieła Apostołów i wszystkich Świętych, przez których, na różny sposób, przejawiała się mądrość Boża. Teraz ma się to dokonać przez nas, aby Prawda o miłości nie została zdeformowana i, tym samym, zaprzepaszczona. Oznaczałoby to koniec dla wszystkiego, co mądre i dobre, a tym samym dające człowiekowi wytchnienie i możliwość rozwoju, życia w pokoju serca.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Maryja Wniebowzięta
Pascha Pana, w pewnym sensie, pozostaje niepełna dopóki wszyscy uczniowie Pańscy nie zakosztują pełni życia. Pascha Pana i Pięćdziesiątnica Ducha Świętego kulminują się koncentrując w Maryi. Ona, jako pierwsza, pozwala paschalnemu Chrystusowi i Duchowi Świętemu dokonać Bożego dzieła w człowieku. Zostaje tak zewangelizowana, nawrócona, przemieniona i przebóstwiona, że nie ma co już w Niej umierać. Może więc być z ciałem i duszą wprowadzona w chwałę Jej Syna!
Do takiego wywyższenia każdy z nas jest zaproszony. To wejście do pełni życia dokonuje się już teraz, dzisiaj. Słowo Boże podpowiada nam, w Magnifikat, warunki: Bóg, który Ją wywyższył, wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy; spełniają się słowa powiedziane Jej od Pana, ponieważ uwierzyła.
Aby mogło dokonać się takie paschalne zwycięstwo również w nas, Duch Święty który prowadzi dzieło Jezusa, musi pobudzić i wywołać pewne postawy; musi nas przekonać do tego, że my sami nie poradzimy sobie w życiu chrześcijańskim; musi wzbudzić w nas postawę bolesną, a najtrudniej jest to uczynić wobec tych, którzy zawsze byli "porządnymi katolikami". Jest to bowiem doświadczenie uniżające człowieka, podczas którego doznaje się absolutnej niemocy miłowania Jezusa tak, jak On na to zasługuje. To daje przeżycie uniżenia w swojej pobożnej pewności siebie. Wówczas, w głębi, rodzi się wołanie do Pana: "Tylko Ty, który jesteś Bogiem rzeczy niemożliwych, możesz mnie nawrócić! Możesz mnie uzdolnić do umiłowania Pana". Tu rodzi się pokora czyli stanięcie w prawdzie Bożego obdarowania "mojej" osoby, ale również radykalnej niemocy pójścia za Jezusem, podążania drogami Ducha. Nikt nie jest w stanie zasłużyć na niebo swoimi, nawet najbardziej pobożnymi wysiłkami. Tylko Jezus może "mnie" przysposobić do nieba, przetwarzając "mnie" wewnętrznie. Chociaż jest to swoiste "padnięcie" na twarz w swojej niemocy, to trzeba tę niemoc zaakceptować, co więcej, rozradować się nią! To uniżenie odziera z iluzji, z pobożnych fikcji. I to obnażenie jest wyzwalające. Człowiek wyzwala się z tego, co ludzie o nim mówią i za co go chwalą. Aby mogło dokonać się to zerwanie, trzeba uwierzyć Słowu. Słowo równocześnie ukazuje pełnię "mego" obdarowania i łagodnie wprowadza w tą "moją" otchłań, ciemności, niemoc, radykalną słabość.
Prośmy Maryję, aby nam pomogła stanąć w prawdzie, wydać się w Jej ręce i aby sprowokowała radykalne zawierzenie Temu, który jest Bogiem rzeczy niemożliwych. To Słowo spełni się w nas, abyśmy mogli już teraz radować się nowym życiem, którego pełnia eksploduje w dniu naszej śmierci. Maryja walczy mocą swojej modlitwy w nas.
Autor:
Człowiek
0
komentarze
Etykiety: Maryja, medytacja, modlitwa, wniebowzięcie
wtorek, 18 września 2007
Józef z Nazaretu
Możemy się od niego uczyć składania siebie Bogu w darze. Biblia niewiele mówi o nim samym, nie dopuszcza go w ogóle do głosu, w sensie werbalnym. Józef milczy i trzeba nam go słuchać w tym milczeniu Ewangelii.
Skoro Słowo Boże nie zechciało nam podać żadnego słowa Józefa, to w tym należy dopatrywać się głębokiego sensu.
Jego milczenie, człowieka prawego, sprawiedliwego, jest przede wszystkim milczeniem kontemplacyjnej wiary, która jest przeżywana na poziomie głębokiego serca: czystego, otwartego, pokornego.
Wpatrując się w czyny Józefa, dostrzegamy, że chcąc uczynić dla Jezusa coś najbardziej istotnego, to tak naprawdę możemy jedynie Go przyjąć! Jezus będzie tym najbardziej rozradowany, ponieważ my nie mamy możliwości uczynienia czegokolwiek dla Jezusa, dopóki Go nie przyjmiemy – wszystko bowiem jest darem, Jego darem! Nawet nie możemy się poprawić bez Niego!
Kontemplacyjna wiara Józefa wzrasta wtedy, gdy jest przeniknięta milczeniem "odkręcania się od siebie". Odwrócić się od siebie należy w tym celu, aby móc zajmować się Jezusem, być pasjonatem Jezusa czyli Jego przyjacielem. Przyjacielem zaś jest ten, komu bardziej zależy na przyjacielu niż na sobie samym i kto bardziej żyje sprawami przyjaciela, niż swoimi własnymi; przejmuje się nimi tak bardzo, że gotów jest na śmierć, dla przyjaciela. Dopiero w takim układzie nasza wiara może owocować, może wzrastać.
Józef jest równocześnie Sługą Paschy, ponieważ Syna Bożego, "niezdarnego" na sposób ludzki, wprowadził w przedziwne zwyczaje ludzi i przygotował w ten sposób paschalną ofiarę. Jezusowe człowieczeństwo mogło stać się miejscem paschy. Józef to czyni w sposób ukryty, milczący, by cała koncentracja była skierowana na Jezusa.
Wreszcie, jest to milczenie człowieka, który potrafił swoją codzienność uczynić paschalną, w którym jego codzienność przestała mu być zawadą, przeszkodą dla służenia Panu, a stała się świątynią, miejscem swoistej liturgii, gdzie każda czynność jest sakralna i święta. W ten sposób w tych czynnościach dokonuje się uwielbienie Boga.
Józef nie bierze udziału w żadnej dyskusji, ani nie jest nam dane dostrzec jego intelekt. Józef cierpi w kontekście tajemnicy, która spowija Maryję. W ten sposób przebija się on do głębszej sfery swojego jestestwa, aby tam zrozumieć, w milczeniu, Boga informującego co ma czynić dalej. Stąd widzimy Józefa, który budzi się ze snu i wykonuje czynności na sposób kontemplatywny. Działa w nim wiara, przez miłość.